Pelagia i czerwony kogut

Pelagia i czerwony kogut

Prawdziwy realista, jeśli nie jest człowiekiem wierzącym, zawsze znajdzie w sobie moc i zdolność niewiary w cud...

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow w przekładzie Adama Pomorskiego

Część pierwsza TUTAJ

I

NA „JESIOTRZE"

O Bochniaczku

Bochniaczek przedostał się na parowiec „Jesiotr" łatwiutko i bez hałasu. Odczekał, aż przystań ogarnie gęsty kłąb mgły, skulił się cały, skurczył, tak że sam przypominał szary obłoczek. Smyrgnął na brzeg i wskoczył na żeliwny pal cumowniczy. Przedreptał do burty po naprężonej jak struna linie (dla Bochniaczka to żaden wyczyn – pewnego razu, a poszło o zakład, sparodiował damę tańczącą na sznurze), ani się ktokolwiek obejrzał. Powitajcie, kochani, nowego pasażera.

Rzecz jasna, na bilet pokładowy też by się nie wykosztował. Jeśli do następnej przystani, do Ust-Swijażska, to wszystkiego ledwie trzydzieści pięć kopiejek. Jednakże kupowanie biletów to dla „razyńców" brak szacunku dla własnego rzemiosła. Niechaj bilety kupują „gęsiaki" i „karasie".

Przezwisko „Bochniaczek" wzięło się stąd, że jest on nieduży, zręczny, chodzi drobnymi kroczkami, sprężyście, zupełnie jakby się toczył. No i łebek ma okrągły, krótko ostrzyżony, a po bokach uszy niczym łopatki, malutkie, ale niezwykle wyczulone.

Co o „razyńcach" wiadomo? To taki rzeczny ludek, nic nadzwyczajnego, ale bez niego Rzeka nie byłaby Rzeką, jak bagno bez komarów. Na brzegu też znajdą się fachowcy od opróżniania cudzych kieszeni, tych nazywa się „skubaczami", ale to publika byle jaka, oberwańcy, przeważnie przybłędy, i dlatego nie zażywają wielkiego miru, „razyńcy" zaś tak, bo trudzą się od niepamiętnych czasów.

O tym, skąd wzięło się to słowo, mówi się różnie. Oni sami uważają, że od Stieńki Razina, który na Rzece karmicielce też oskubywał tłuste „gęsiaki". Miejscowi są innego zdania – dlatego niby „razyńcy", że raz, raz i każda gapa czy niedojda jest oporządzona.

Sama robota była dobra, Bochniaczkowi wyjątkowo odpowiadała.

Wsiadasz na parowiec, tak żeby nikt cię nie widział, pokręcisz się między pasażerami i na następnej przystani wysiadasz. Coś wziął – to twoje, czego nie mogłeś – niechaj płynie sobie dalej.

Jakie masz tu przewagi?

Na Rzece oddychasz pełną piersią i jaka korzyść dla zdrowia! To po pierwsze. A znowuż jakich rozmaitych ludzi widujesz: czasami tak ciekawie zaczną opowiadać, że i o robocie zapomnisz. To po drugie. Ale najważniejsze – nie czeka cię tu ani więzienie, ani katorga. Bochniaczek pracował na Rzece od dwudziestu lat, a co to takiego więzienie, nawet nie wiedział, nie miał zielonego pojęcia. Spróbuj no złapać go z fantami. Jakby co – to buch, i kamień w wodę. Nawiasem mówiąc, to o nich, o „razyńcach", wymyślono to powiedzonko, tyle że większość ludzi o tym nie wie. „Kamieniami" nazywają oni swoją zdobycz. Woda zaś tuż obok – pluszcze za burtą. W razie przypału wrzucasz „kamienie" w wodę i niczego ci nie udowodnią, Rzeka dobrodziejka wszystko ukryje. No cóż, przyłożą ci, to pewne, bez tego się nie obejdzie. Tyle że przyłożą ci nie za mocno, bo parowcami pływa publiczność coraz bardziej kulturalna, delikatna, nie to co w nadrzecznych wsiach. Tam z dzikości i ciemnoty chłopi mogą bez żadnych ceregieli złodzieja ukatrupić.

„Razyńcy" nazywają siebie jeszcze „szczupakami", pasażerów zaś „gęsiakami" albo „karasiami". Oprócz „kamienia w wodę" jest i inne powiedzenie, które wszyscy powtarzają, nie rozumiejąc jego prawdziwego znaczenia: „Po to szczupak w rzece, żeby karaś czuwał".

Pierwszy wiosenny parowiec to dla „razyńca" największe święto, ważniejsze niż jakikolwiek odpust. Przez zimę człek robi się ociężały bez roboty, a bywa, że i się przegłodzi. Przesiadujesz i przeklinasz zimę dręczycielkę, wyczekujesz wiosny pięknotki. Upragniona, czasami długo się kryguje, ruch parowców wstrzymywany jest niemal do czerwca. W tym roku jednak wiosna zawitała do Bochniaczka jako młodziutka dziewczyna i ani trochę się nie boczyła. Tak gorąco przymilna, tak życzliwa – nie do wiary! Dopiero pierwszy kwietnia, a już cały lód spłynął i otwarto nawigację.

Rzeka rozlała się szeroko, ledwie było widać brzegi, „Jesiotr" jednak trzymał się dokładnie

farwateru i szedł bardzo wolno. Z powodu mgły kapitan zachowywał wielką ostrożność i co dwie minuty dawał ochrypły sygnał: „U-duuu! Ja tu-uuu!"

Mgła to dla kapitana kłopot, ale dla Bochniaczka to najwierniejsza towarzyszka. Gdyby mogli się dogadać, oddawałby jej połowę „śmietany", byle tylko słała się jak najgęściej.

Dzisiaj nie było się co skarżyć, mgła postarała się jak nigdy. Najmocniej rozpościerała się tuż nad wodą; dolny pokład, tam gdzie kajuty, otuliła całkowicie; botdek zaś, tam gdzie szalupy i gdzie wzdłuż burt rozsiada się rozmaite tałatajstwo, to odkrywała, to przykrywała; zupełnie jak w jakiejś bajce – są ludzie i nagle wszyscy znikają, pozostaje tylko mleko. Ponad mgłę wystawały jedynie czarny wysoki komin i mostek. Kapitanowi, tam na górze, pewnie wydaje się, że nie jest kapitanem, ale samym Panem Bogiem, i że nie płynie „Jesiotrem", tylko szybuje w obłokach.

Wszystkie statki flotylli rzecznej Towarzystwa „Nord" wzięły nazwy od jakichś ryb – tak to sobie wykoncypował właściciel. Od statku flagowego, trójpokładowej „Bieługi", gdzie kajuty pierwszej klasy są po dziesięć rubli, aż do najmarniejszej holowniczej pyrkotki, jakiegoś „Kiełbika" albo „Uklejki".

„Jesiotr" nie należał na linii do największych, ale był to parowiec solidny, dochodowy. Chodził od Moskwy do Carycyna. Pasażerowie płynęli przeważnie daleko: do Ziemi Świętej albo nawet do Ameryki. Wielu z ulgową szyfkartą Towarzystwa Palestyńskiego. Bochniaczek sam po morzach nie pływał, bo i po co, ale rozeznawał się we wszystkim doskonale.

Z szyfkartą Towarzystwa „Nord" podróżowało się tak: z Moskwy Oką do Niżniego, później Rzeką do Carycyna, stamtąd pociągiem do Taganrogu, dalej znowu parowcem, tyle że już morskim, gdzie komu sądzone. Jeśli płynąć do

Ziemi Świętej trzecią klasą, to wyniesie to raptem czterdzieści sześć rubli i pięćdziesiąt kopiejek. Jeśli do Ameryki, to, rzecz jasna, drożej.

Bochniaczek na razie nikogo nie skubał, trzymał ręce w kieszeniach, pracowały tylko oczy i uszy. No i nogi, oczywista. Ledwie zgęstnieje mgła – szur-szur na wojłokowych podeszwach od jednych do drugich, z przepatrywaniem i nasłuchiwaniem. Coście za ludzie? Czy dobrze się pilnujecie?

Tak trzeba: najpierw wszystko wypatrzyć, wywiedzieć się, a potem, bliżej przystani, pójść na pewniaka. I najważniejsze – wyniuchać „morowych". Na pewno się tutaj kręcą, też wyczekali się na nawigację. To zwierz nie-Bochniaczkowej maści. Rzadko przystępuje do rzeczy na parowcu, jego rzemiosło wygląda inaczej. Na wodzie wybiera tylko „gęsiaka", a puch i pierze drze z niego później, na brzegu.

A niechby ich, nie nasze zmartwienie, bieda tylko, że nie chodzą przecież z fińskim nożem w zębach, ale maskują się, można się pomylić. Wasia Rybiński, szanowany „razyniec", wyjął pewnego razu jakiemuś subiektowi złotego sikora, a tu okazało się, że to nie żaden subiekt, tylko człek z kazańskiej ferajny. Znaleźli później Waśkę i choć nie był niczemu winny, to kociołek mu rozbili. Takie mają zwyczaje – nie mogą znieść, żeby ktoś ich obrobił. Dopóki nie odpłacisz za hańbę, w tym towarzystwie nie masz się co pokazywać.

Bochniaczek zaczął od botdeku. To pasażerowie pokładowi, przeważnie golizna, ale, po pierwsze, ziarnko do ziarnka, a po drugie, Bochniaczek taki już miał charakter – najlepsze kąski zostawiał na ostatek. Podobnie zachowywał się przy jedzeniu. Jeśli to była, powiedzmy, hreczka ze skwarkami, to tłuszcz odkładał akuratnie na boczku, a zaczynał od samej kaszy. Jeśli kapuśniak na kostce szpikowej, to najpierw wysiorbywał rzadkie, potem pałaszował kapustę i marchewkę, ogryzał mięso i dopiero na końcu wysysał szpik.

A zatem przyjrzał się pokładowi szalupowemu starannie: od rufówki, poprzez szkafut, aż do dziobówki. Wszystkie subtelności i określenia, jakie wiązały się ze statkiem, Bochniaczek znał lepiej niż jakikolwiek marynarz, bo marynarz parowca nie kocha. Jego rozpijaczonej duszy spieszy się na brzeg do karczmy, a dla „razyńca" wszystko na statku jest interesujące i wszystko może być przydatne.

Na dziobie, zbici w gromadkę, siedzieli wędrujący do Grobu Pańskiego, jakieś półtora dziesiątka chłopów i bab, a każde z dumnie sterczącym sękatym kijem – pątniczym posochem. Pielgrzymi jedli chleb z solą, popijali wrzątkiem z blaszanych czajników, a na innych podróżnych popatrywali z góry.

No, nie ma co zadzierać nosa, rzekł do siebie Bochniaczek. Są lepsi od was. Powiadają, że niektórzy docierają do Palestyny nie parowcami, ale na własnych nogach. A jak już osiągną Ziemię Obiecaną, to dalej pełzną na kolanach. To dopiero prawdziwa świętość!

Nie ruszył jednak Bożych wędrowców, odszedł. Bo i co oni mają? Każdy trzymał po pięć rubli i, rzecz jasna, zgarnąć je to głupstwo, ale trzeba by już być całkiem bez sumienia. A człowiek żyć bez sumienia nie może, nawet złodziej. Może złodziej jeszcze bardziej niż ktokolwiek inny, bo inaczej zatraci się do reszty.

Bochniaczek, żeby żyło się lżej, już dawno ustalił dla siebie zasadę: jeśli widać, że człek jest dobry albo nieszczęśliwy, to takiemu fantów nie podprowadzać, choćby nawet portfel sam mu się wysuwał, a ręce świerzbiały. Nie warto. Wzbogacisz się, dajmy na to, o trzydzieści rub ...

Быстрая навигация назад: Ctrl+←, вперед Ctrl+→