Gwiezdny taniec
44 стр.

Читать онлайн "Gwiezdny taniec"

Автор Робинсон Спайдер

Spider i Jeanne Robinson

Gwiezdny taniec

Żeby odnaleźć swe miejsce

w nieskończoności istnienia

trzeba być zdolnym zarówno

do dzielenia, jak i jednoczenia.

I Cing

CZĘŚĆ I

Gwiezdny taniec

Rozdział 1

Nie mogę twierdzić, że naprawdę ją znałem, a już na pewno nie tak, jak Seroff znał Isadorę. Cała moja wiedza o jej dzieciństwie i dorosłym życiu opiera się na anegdotach, jakie zdarzyło mi się od niej zasłyszeć — akurat tyle, żebym nabrał pewności, iż wszystkie trzy sprzeczne ze sobą biografie z bieżącej listy bestsellerów są zmyślone. Wszystko, co mi wiadomo o jej dojrzałym życiu, pochodzi z tych kilku godzin, które spędziła w moim towarzystwie i na moich monitorach — a to aż nadto, abym się przekonał, iż każda wzmianka w prasie, jaką czytałem, jest fikcją. Carrington sądził prawdopodobnie, że zna ją lepiej ode mnie i w pewnym stopniu miał rację — nigdy jednak o niej nie napisał, a teraz nie ma go już wśród żywych.

Ale ja byłem od samego początku jej wideo — operatorem i znałem ją od kulis: był to typ związku, którego odpowiednika nie znajdziecie ani na Ziemi, ani nigdzie indziej. Wątpię, żeby udało się go opisać komuś, kto nie uprawia czynnie tego zawodu — można to w przybliżeniu porównać do więzi, jakie panują miedzy współpracownikami albo kumplami z wojska. Byłem z nią tego dnia, gdy pełna leku i zdecydowania przybyła na „Skyfac”, by w imię marzeń ryzykować własnym życiem. Obserwowałem ją przy pracy. Przez całe te dwa miesiące wypełnione nie kończącymi się próbami, harowałem razem z nią i zachowałem wszystkie taśmy z tamtego okresu.

No i oczywiście widziałem „Gwiezdny taniec”. Byłem tam. Filmowałem go.

Wydaje mi się, że mogę wam coś niecoś o niej opowiedzieć.

* * *

Zacznę od tego, że nie zafascynowanie kosmosem i podróżami kosmicznymi, jak to sugerują „Taniec wyzwolony. Narodziny nowej fali” Derskiego i „Shara” Cahilla, doprowadziło do tego, że została .pierwszą tancerką, która występowała w stanie nieważkości. Kosmos był dla niej środkiem, nie celem i bezmiar jego pustki z początku ją przerażał. Nie stało się też tak dlatego, jak twierdzi Melberg w luksusowym wydaniu swojej „Prawdziwej Shary Drummond”, że brakowało jej talentu, by zostać tancerką na Ziemi. Jeśli wyobrażacie sobie, że taniec w próżni jest łatwiejszy od tańca konwencjonalnego, to sami spróbujcie. Nie zapominajcie o torebce na wymiociny.

Ale w oszczerstwach Melberga, jak we wszystkich wielkich oszczerstwach, tkwi ziarnko prawdy. Nie mogła tańczyć na Ziemi, ale nie z braku talentu.

Po raz pierwszy spotkałem ją w lipcu 1989 roku w Toronto. Kierowałem wtedy działem wideo Torontońskiego Teatru Tańca i mierziła mnie każda minuta tej roboty. Mierziło mnie wtedy wszystko. Harmonogram na ten dzień przewidywał spędzenie całego popołudnia na filmowaniu próby studentów — strata czasu i taśmy, a to mierziło mnie najbardziej ze wszystkiego, z wyjątkiem może towarzystwa telefonicznego. Nie oglądałem jeszcze tegorocznego narybku w akcji i wcale mi się do tego nie śpieszyło. Przepadałem za patrzeniem na taniec w dobrym wykonaniu — wysiłki nowicjusza są dla mnie zwykle czymś tak ujmującym jak rzępolenie studenta pierwszego roku wiolonczeli.

Gdy wkraczałem do studio, noga rwała mnie bardziej niż zwykle. Norrey dostrzegła malujący się na mej twarzy grymas i odłączywszy się od grupy obiecującej młodzieży podeszła do mnie.

— Charlie…?

— Wiem, wiem. To nieopierzone żółtodzioby, Charlie, o duszach tak kruchych, jak wielkanocne jajo w grudniu. Nie ugryź ich, Charlie. Nawet na nich nie warcz, jeżeli potrafisz, Charlie.

Uśmiechnęła się.

— Coś w tym rodzaju. Noga?

— Noga.

Norrey Drummond jest tancerką, której w jakiś niewytłumaczalny sposób udaje się nie wyglądać na dojrzałą kobietę, bo jest mała. Jest jej raptem jakieś sto piętnaście funtów, a większość z tego to serce. Mierzy sobie około metra sześćdziesięciu, ale bez problemu potrafi górować nad najwyższym studentem. Ma w sobie więcej energii niż północnoamerykańska sieć energetyczna i wykorzystuje ją tak wydajnie, jak pompa skrzydełkowa (czy znacie zasadę działania pompy skrzydełkowej? Jeżeli nie, to zapoznajcie się z nią). Jej taniec nacechowany jest jakąś niepowtarzalnością. Jest to, według mnie, jedyny powód, dla którego aż do nadejścia nowej fali tańca nowoczesnego, dostawała tak mało intratnych ról. Lubiłem ją, bo nie litowała się nade mną. Kiedyś żyliśmy ze sobą, ale nam nie wyszło.

— To nie tylko noga — przyznałem. — Nie mogę patrzeć jak te ofiary katują twoją choreografię.

— No to możesz się uspokoić. Kawałek, który dzisiaj kręcisz jest dziełem… jednej ze studentek.

— O, to wspaniale. Wiedziałem, że trzeba było pójść na zwolnienie.

Norrey skrzywiła się.

— O co chodzi?

— A co?

— Dlaczego zmienia ci się głos, gdy mówisz „jednej ze studentek”?

Zarumieniła się.

— Bo to moja siostra, cholera.

Norrey i ja często się dawniej widywaliśmy, ale nigdy nie spotkałem jej siostry — wydaje mi się, że nie jest to takie całkiem normalne w dzisiejszych czasach. Moje brwi powędrowały w górę.

— A więc musi być dobra.

— No wiesz, Charlie, dziękuje.

— Gadanie. Albo mówię komplementy szczerze, albo wcale — nie mam na myśli dziedziczności. Chodzi mi o to, że jesteś tak beznadziejnie etyczna, iż skręciłabyś się, żeby tylko uniknąć nepotyzmu. Twoja siostra musi być przebojowa, jeżeli pozwoliłaś jej na taki występ.

— Charlie, ona taka jest — powiedziała po prostu Norrey.

— Zobaczymy. A jak ma na imię?

— Shara — Norrey wskazała mi ją ruchem głowy i wtedy zrozumiałem resztę aluzji. Shara Drummond była o dziesięć lat młodsza od swojej siostry, dobre osiemnaście centymetrów wyższa i o piętnaście, a może nawet osiemnaście kilo cięższa. Spostrzegłem nadto, że jest uderzająco piękna, ale to w niczym nie zmniejszyło mojej konsternacji — Sophia Loren w swoich najlepszych latach za żadne skarby nie zostałaby tancerką nowej fali. Tam, gdzie Norrey była drobna, Shara była duża, a gdzie Norrey duża, Shara jeszcze większa. Gdybym zobaczył ją na ulicy, gwizdnąłbym z uznaniem — ale w studio twarz mi spochmurniała.

— Mój Boże, Norrey, ależ ona jest wielka.

— Drugi mąż naszej matki był futbolistą — powiedziała ponuro. — Ona jest strasznie dobra.

— Jeżeli jest dobra, to to jest straszne. Biedna dziewczyna. No nic, czego ode mnie oczekujesz?

— Czemu sądzisz, że czegoś od ciebie oczekuje?

— Bo wciąż tu stoisz.

— Och. Chyba rzeczywiście. No wiec… czy zjesz z nami lunch, Charlie?

— Dlaczego? — doskonale wiedziałem dlaczego, ale spodziewałem się niewinnego kłamstewka.

Nie usłyszałem go od Norrey Drummond.

— Bo wydaje mi się, że wy dwoje macie ze sobą coś wspólnego.

Odpłaciłem jej za szczerość, przełykając ten komplement bez mrugnięcia okiem. — Przypuszczam, że tak.

— A zatem zgoda?

— Zaraz po sesji.

Puściła do mnie oko i już jej nie było. W zadziwiająco krótkim czasie zorganizowała studio pełne włóczących się po nim, rozgadanych młodych ludzi w coś, co z grubsza przypominało zespół tancerzy. Podczas gdy rozstawiałem i sprawdzałem mój sprzęt, przeprowadzili dwudziestominutową rozgrzewkę. Jedną kamerę ustawiłem przed nimi, jedną za nimi, a trzecią zatrzymałem przy sobie do ujęć z ręki. Nigdy dotąd jej nie włączałem.

Jest taka gra, którą prowadzi się w myślach. Zawsze, gdy ktoś przykuwa waszą uwagę, zaczynacie snuć na jego temat rozmaite domysły. Próbujecie, opierając się na jego wyglądzie, określić jego charakter i przywary. Ten? Gburowaty, niedbały — nie zakręca tubki z pastą do zębów i pije whisky bez wody. Ta? Typ studentki szkoły teatralnej, używa prawdopodobnie wkładki domacicznej i pisze listy stylizowaną kaligrafią swego wynalazku. Ci? Wyglądają na nauczycieli z Miami, którzy przybyli tutaj, żeby po raz pierwszy w życiu zobaczyć prawdziwy śnieg i prawdopodobnie uczestniczą w jakimś zjeździe. Czasami byłem bardzo blisko. Nie pamiętam, jak w tych pierwszych dwudziestu minutach zaszufladkowałem Sharę Drummond. Gdy zaczęła tańczyć, wszystkie uprzedzenia wyparowały mi z głowy. Stała się dla mnie czymś nieziemskim, czymś niepoznawalnym, żywym mostem pomiędzy naszym światem, a światem, w którym mieszkają Muzy.

Wiem chyba wszystko, co można wiedzieć o tańcu, a jednak nie potrafiłem zaliczyć do jakiejkolwiek kategorii, sklasyfikować ani nawet zrozumieć tańca, który wykonywała tego popołudnia. Śledziłem go, nawet mi się podobał, ale nie byłem w stanie go pojąć. Tancerze mówią o swoim „centrum”, miejscu, wokół którego koncentrują się wykonywane przez nich ruchy, często bardzo bliskim środka ciężkości. Starają się tańczyć „od centrum”, a pojecie „skurczu i rozkurczu”, na którym w tak wielkim stopniu opiera się Taniec Nowoczesny zależy właśnie od tego centrum, bo w nim skupia się cała energia. Centrum Shary zdawało się zgodnie z jej wolą przemieszczać po całej sali. Kończyny były z nim związane raczej z wyboru niż z konieczności. Jakim to słowem nazywana jest najbardziej zewnętrzna cześć słońca, cześć, którą widać nawet podczas zaćmienia? Korona? Tym właśnie były jej kończyny: cztery wydłużone jeżyki płomieni, podążające za centrum po jego mimośrodowej, wirującej orbicie, wijące się płynnie po jego powierzchni. To, że dwie dolne często stykały się z podłogą wyglądało na przypadek — prawdę powiedziawszy, drugie dwie dotykały podłogi niemal tak samo regularnie.

Inni studenci też tańczyli. Wiem to stąd, że dwie automatyczne wideokamery nie zaniedbywały się w pracy jak ja i zarejestrowały ten taniec jako całość. Zatytułowany był „Narodziny” i opisywał tworzenie się galaktyki, która w końcu przypominała Andromedę. Nie było to dokładne odmalowanie tego procesu i nie miało takim być. Symboliczna wymowa przywodziła na myśl narodziny galaktyki.

Gdy to teraz wspominam, uświadamiam sobie, że dostrzegałem wtedy tylko jądro tej galaktyki: Sharę. Towarzyszący jej studenci przesłaniali ją od czasu do czasu, a ja tego nawet nie zauważyłem. Patrzenie na nią sprawiało ból.

Jeżeli wiecie coś niecoś o tańcu, wszystko to musi dla was brzmieć strasznie. Taniec o mgławicy? Wiem, wiem, to śmieszne. Ale udało się. Udało w najnormalniejszy, przyziemny sposób — z tym tylko, że Shara była za dobra w porównaniu z resztą zespołu. Nie należała do tej gorliwej grupy niezgrabnych, niedouczonych terminatorów. Przypominało to słuchanie Stevelanda Wondera usiłującego śpiewać z przygodną kapelą w jakimś montrealskim barze.

Ale nie to sprawiało ból.

* * *

„Le Maintenant” była skromną restauracją, ale jedzenie podawano w niej dobre i cieszyła ...

1 стр.
1 стр.