Читать онлайн "Niezwyciężony"

Автор Хемри Джон

  • Стандартные настройки
  • Aa
    РАЗМЕР ШРИФТА
  • РЕЖИМ
... we sekundy dały nam wystarczającą ilość czasu na odparcie wroga, który wcześniej nie został zniszczony. Dzięki temu żaden z naszych okrętów nie został trafiony, jeśli nie liczyć „Zaghnala”. Jego załoga miała po prostu pecha…

— No i „Niezwyciężonego”… — Geary przywołał z pamięci komputera moment, w którym liniowiec został trafiony.

Padł rozkaz złamania szyku, okręty zaczęły wykonywać niezależne manewry, by zmylić wroga. Pancerniki znajdujące się wokół „Niezwyciężonego” od razu zmieniły kurs, ale liniowiec nie wykonał żadnego manewru ani nie przyspieszył, choć mijały kolejne cenne sekundy. Pięć, potem dziesięć… W czternastej sekundzie dysze „Niezwyciężonego” zapłonęły w końcu, jednakże moc dopalaczy nie była w stanie zmienić kursu okrętu przed trafieniem wrogiej rakiety.

— Kapitan Vente po prostu zdębiał, zamiast natychmiast podjąć działania.

— A ty się temu dziwisz? — mruknęła Desjani.

— Dzisiaj zakończył karierę dowódcy w tej flocie, o ile przeżył bitwę — zapewnił ją Geary, zdziwiony ostrością własnego głosu. Dlaczego nie usunąłem go wcześniej? Dlaczego nie znalazłem jakiegoś pretekstu? Cholera wie ilu ludzi musiało teraz zginąć tylko dlatego, że ten człowiek nie nadaje się na dowódcę, o czym od dawna wiem. Jestem winien tym śmierciom na równi z Ventem…

— Nie, nie jesteś — zapewniła go Desjani.

Spojrzał na nią zdziwiony.

— Jak…

— Znam cię. Słuchaj, to admiralicja mianowała go dowódcą „Niezwyciężonego”. Podejrzewałeś, że się do tego nie nadaje, ale nie mogłeś przecież zdegradować kapitana okrętu wojennego wyłącznie na podstawie podejrzeń. Gdyby było inaczej, już dawno wywaliłbyś Shena z mostka „Oriona”. Trzeba mieć naprawdę dobre powody, aby odebrać komuś dowodzenie. To stara zasada, którą wdrożono nie bez powodu. — Desjani przyglądała mu się uważnie. — Rozumiesz?

— Nie. To wciąż moja wina. Możemy stracić „Niezwyciężonego” tylko dlatego, że nie umiałem zadziałać wtedy, kiedy powinienem. — W tym momencie, jakby na zawołanie, na wyświetlaczu zapłonęła kontrolka.

— Wiadomość z „Tanuki”, admirale — zameldował wachtowy z działu łączności.

— Przełącz do mnie — rozkazał Geary i moment później zobaczył przed sobą twarz kapitana Smythe’a, dowódcy jednostki pomocniczej „Tanuki” i najstarszego stopniem inżyniera floty, który niespodziewanie przestał być tak beztroski jak zwykle.

— Osobiście nadzorowałem szacowanie strat na „Niezwyciężonym”, admirale. Wątpię, by był pan zadowolony, gdy powiem, jak niewielki wybór mamy.

— Jest aż tak źle? — zapytał Geary.

W przestrzeni kosmicznej okręty znajdowały się naprawdę daleko od siebie, dzieliły je minuty albo nawet godziny świetlne, przez co w rozmowach powstawały frustrujące opóźnienia, ponieważ przesyłane z prędkością światła transmisje musiały pokonać miliony bądź miliardy kilometrów. Tym razem jednak flota leciała we w miarę zwartym szyku, więc opóźnienie wynosiło zaledwie kilka sekund. Po takim czasie Smythe wzruszył ramionami.

— To zależy, o której części „Niezwyciężonego” pan mówi. Wiele systemów uzbrojenia przetrwało w zaskakująco dobrym stanie, ale ważniejsze są uszkodzenia strukturalne kadłuba i napędu. A te ucierpiały, i to mocno. „Niezwyciężony” nie może poruszać się samodzielnie, a jeśli inna jednostka weźmie go na hol, rozleci się na kilka części. Proszę mi dać kilka miesięcy i dostęp do stoczni floty, a będzie jak nowy. — Mimo że było to niemożliwe, Smythe z chęcią podjąłby się naprawy tego wraku.

— Nie mamy ani tyle czasu, ani dostępu do doków — odparł Geary, wodząc wzrokiem po wyświetlaczu pokazującym wiele obcych jednostek, w tym kilka naprawdę wielkich, ale na szczęście bardzo oddalonych. Flota po wykonaniu zwrotu znajdowała się o siedem minut świetlnych od fortecy strzegącej punktu skoku i oddalała się od niej z każdą chwilą. Najbliższe okręty Obcych dzieliły od niej ponad trzy godziny świetlne, ale główne ich siły były oddalone o jeszcze jedną godzinę świetlną i orbitowały w pobliżu zamieszkanej planety tego systemu. Ta armada odkryje pojawienie się ludzi dopiero za trzy godziny, a jeśli nawet wyruszy natychmiast po spostrzeżeniu wroga, będzie potrzebowała wielu dni, aby wejść w skuteczny zasięg, o ile Geary nie podejmie wcześniej rękawicy i nie poleci na jej spotkanie. Niestety, „Niezwyciężony” został unieruchomiony i miał pozostać łatwym celem, nawet gdyby Obcy znajdowali się o tydzień lotu od jego wraku. Wystarczyło jedno spojrzenie na superjednostki znajdujące się w centrum formacji wroga — na okręty trzykrotnie masywniejsze i większe od pancerników Sojuszu — by Geary uznał, że nie ma sensu zbliżać się do tej armady bardziej niż to konieczne. — Jaki wybór nam pozostaje?

— Wysadzenie wraku albo pozostawienie go na żer… tym, no, którzy zamieszkują ten system. — Smythe miał równie grobowy głos jak minę, gdy przedstawiał obie opcje.

Geary zdawał sobie sprawę, że również jego frustracja jest czytelna, ale mimo wszystko próbował zapanować nad tonem odpowiedzi. Nikt nie lubi przekazywać złych wieści, jednakże on przekonał się już bardzo dawno temu, że dowódca może łatwo zniechęcić podwładnych do wyjawiania niewygodnej prawdy.

— Nie możemy zostawić tego okrętu. Nie w sytuacji, gdy mieszkańcy tego systemu wykazali się tak daleko idącą agresją. Rozkazuję zatem, by ewakuowano natychmiast wszystkich ocalałych członków załogi. Pańscy inżynierowie mają zadbać o zniszczenie wraku, i to dokładne. Ma przestać istnieć.

Smythe przytaknął.

— Rdzeń „Niezwyciężonego” wciąż działa. Możemy go przeciążyć, po eksplozji zostanie z niego tylko pył. Zanim to jednak zrobimy, chciałbym wymontować z wraku wszystko, co może się przydać. Na pokładzie znajduje się sporo sprzętu, który możemy wykorzystać na innych okrętach, zamiast produkować go od nowa.

Decyzja nie powinna nastręczać problemów. Inżynier pokroju kapitana Smythe zrobiłby wszystko, by wyposażenie „Niezwyciężonego” posłużyło mu za części zamienne. Ale…

— Taniu?

— Sir?

— Jak byś się czuła, pracując na urządzeniach wyszabrowanych z wraku „Niezwyciężonego”?

Potrząsnęła głową.

— Wolałabym nie mieć tutaj tak pechowego złomu, admirale.

Spodziewał się takiej odpowiedzi. Żeglarze pozostali tacy sami przez kilka tysięcy lat, dlaczego więc mieliby się zmienić na przestrzeni wieku, który Geary spędził w hibernacyjnym śnie? Wciąż jednak nie był w pełni przekonany do jej wyboru.

— W czasie wojny ze Światami Syndykatu musieliście przecież korzystać ze zdobytych tą drogą części.

— Z wyszabrowanych części — poprawiła go Desjani. — Ale nie. Nie było zbyt wielu okazji. Gdy służyłam na pokładzie „Tulwara,” mieliśmy część wyposażenia przeniesionego z wraku „Puklerza”, które zamontowano pomimo naszych protestów w przerwie między dwoma kolejnymi bitwami. Wszystko to zaczęło się pieprzyć, ledwie weszliśmy do akcji.

— Tam w grę wchodził wymuszony pośpiech prac…

— Testy wypadły świetnie, ale to był złom zabrany z wraku. Straciliśmy „Tulwara” właśnie z powodu awarii. Wątpię, aby któryś z kapitanów naszej floty chciał na pokładzie swojej jednostki widzieć części zabrane z „Niezwyciężonego”. Zwłaszcza z niego.

Geary chciał wydać rozkaz wymontowania wszystkiego, co się nadaje do dalszego użytku, ale wiedział, że opinię Desjani podzielają dowódcy wszystkich okrętów floty. Właśnie dlatego, że okrętem, o którym mowa, był „Niezwyciężony”. Wiązało się to z przesądem mówiącym, że jednostki noszące tę nazwę zazwyczaj są niszczone szybciej niż inne okręty. Gdy admirał zajrzał w statystyki, zrozumiał, że jego ludzie mają przesłanki do głoszenia podobnych tez. Równowaga sił i częste starcia powodowały, że okręty wojenne służyły we flocie nie dłużej niż kilka lat. Tak przynajmniej było do chwili, gdy Geary przejął dowodzenie. Natomiast wśród tych, które wiodły najkrótszy żywot, faktycznie często przewijała się ta jedna nazwa. Może żywe światło gwiazd uznało, że nazwanie jednostki zbudowanej przez człowieka mianem „Niezwyciężony” jest zbyt prowokujące?

Odwracając się do kapitana Smythe’a, admirał pokręcił głową.

— Nie. Opróżnijcie magazyny części zapasowych wraku, ale nie ruszajcie niczego, co zostało już zainstalowane. Wolałbym uniknąć spadku morale innych załóg z powodu przekazania im części zapasowych pochodzących z „Niezwyciężonego”.

Smythe miał minę inżyniera, którego zmuszono do kontaktu ze zwykłymi, nieracjonalnie myślącymi śmiertelnikami.

— To tylko sprzęt, admirale. Nie ma w nim duszy. Nie może być nawiedzony.

— Kapitanie Smythe, ten złom nie jest wart bólu głowy, którego może mi przysporzyć. — Morale we flocie faktycznie balansowało na krawędzi rozkładu. Ludzie powinni być teraz w swoich domach, gdzie po niemal stuletniej wojnie rozkoszowaliby się owocami zwycięstwa nad Światami Syndykatu. Mimo to on wydał rozkaz, by wsiedli na pokłady okrętów i polecieli daleko za granice znanej i kontrolowanej przestrzeni i tam zbadali, jak wielkim zagrożeniem może być nowo odkryta rasa Obcych zwanych Enigmami. Geary, wyruszając na tę misję, wykonał rozkaz przełożonych. Jego ludzie także wykonywali rozkazy, ale to wcale nie znaczyło, że oficerowie i załogi okrętów, wyczerpane tak długą walką, cieszą się z możliwości kontynuowania służby. W takiej sytuacji nawet drobiazg mógł spowodować znaczny spadek morale, a dla ludzi znajdujących się na podległych Geary’emu okrętach zamontowanie sprzętu pochodzącego z pechowego statku było czymś więcej niż drobiazgiem.

— „Tsunami” zbliżył się właśnie do „Niezwyciężonego”, by przejąć rannych — poinformował kapitana Smythe’a. — Nakażę jego dowódcy, by ewakuował także resztę załogi, ale wiem, że na pokładzie tej jednostki nie ma wystarczającej ilości miejsca dla tylu ludzi. Skoro „Tanuki” także znajduje się blisko pozycji „Niezwyciężonego”, chciałbym, żeby przerzucono na niego nadwyżki personelu, przynajmniej do chwili, gdy z