Читать онлайн "Czarnoksinicy Majipooru"

Автор Силверберг Роберт

  • Стандартные настройки
  • Aa
    РАЗМЕР ШРИФТА
  • РЕЖИМ

Annotation

Wieloletni władca Majipooru, który zapewnił swoim poddanym niebywały dobrobyt, spoczywa na łożu śmierci. Zanim jednak tron obejmie Lord Confalume, musi zostać wyznaczony również jego następca. Niemal pewnym kandydatem jest książę Prestimion, gdyż Korsibarowi, jako synowi Confalume’a, tradycja zakazuje dziedziczenia władzy po ojcu. Korsibar postanawia zburzyć panujący porządek, używając w tym celu magii. Wybucha krwawa wojna domowa.

Robert Silverberg

I. KSIĘGA IGRZYSK

1

2

3

4

5

6

7

8

9

II. KSIĘGA LORDA KORSIBARA

1

2

3

4

5

6

III. KSIĘGA ZMIAN

1

2

3

4

5

6

IV. KSIĘGA PORACHUNKÓW

1

2

3

4

5

6

7

8

9

V. KSIĘGA MAGÓW

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

Robert Silverberg

Czarnoksiężnicy Majipooru

Ralphowi raz jeszcze

Ne plus ultra

Sine qua non

I. KSIĘGA IGRZYSK

1

Znaki na niebie i ziemi pojawiały się przez cały rok, deszcz krwi nad Ni-moya, grad kamieni w kształcie łzy spadający na trzy z miast Góry Zamkowej i wreszcie coś wręcz potwornego, wielka czworonożna czarna bestia o płonących rubinowych ślepiach i rogu wyrastającym z czoła, płynąca poprzez zmierzch nad portowym miastem Alaisor. Takiego potwora nie widziano nigdy na planecie Majipoor, nie widziano go na ziemi, a już z całą pewnością nie na niebie. A teraz, w swej niedostępnej dla nikogo sypialnej komnacie stary Pontifex Prankipin leżał, wreszcie umierający, otoczony magami, czarodziejami i tauma-turgami, w których obecności dożywał ostatnich lat.

Na świecie zaś panowały napięcie i niepewność. Któż mógł powiedzieć, jakie zmiany, jakie niebezpieczeństwa przynieść może śmierć Pontifexa? Świat przecież przez czterdzieści z górą lat był tak stały, taki stabilny, przez czterdzieści z górą lat nie zaznał zmiany władcy.

Gdy tylko rozeszły się wieści o chorobie Pontifexa, lordowie, książęta i diukowie Góry Zanikowej zaczęli zjeżdżać się do wielkiego podziemnego miasta w oczekiwaniu na dwie uroczystości: jedną, smutną, było odejście wybitnego władcy; drugą, radosną — powołanie na jego miejsce nowego, energicznego i w pełni sił. A teraz czekali z zaledwie powstrzymywaną niecierpliwością na coś, co bez wątpienia musiało wkrótce nastąpić.

Mijały jednak tygodnie, a Pontifex nadal kurczowo trzymał się życia. Umierał, ale powoli, przegrywał, ale walczył ze śmiercią o każdy oddech. Lekarze władcy dawno przyznali, że sprawa jest beznadziejna. Magowie i czarodzieje władcy nie byli w stanie uratować mu życia swą sztuką. Wręcz przeciwnie, przed wieloma miesiącami przewidzieli, że musi umrzeć, choć samego Pontifexa o tym nie powiadomili. I teraz czekali, wraz z całym Majipoorem, by spełniło się ich proroctwo.

Jako pierwszy z wielkich w stolicy Pontifexa pojawił się książę Korsibar, wspaniały i powszechnie podziwiany syn Koronala Lorda Confalume’a. Korsibar polował na ponure i wodnej pustyni rozciągającej się na południe od Labiryntu i tam otrzymał wiadomość o zbliżającej się śmierci Pontifexa. Miał przy boku siostrę, piękną lady Thismet oraz arystokratycznych przyjaciół, którzy zazwyczaj towarzyszyli mu na polowaniach. Zaraz po nim w Labiryncie pojawił się Wielki Admirał Królestwa, książę Gonivaul, następnie kuzyn Koronala, diuk Oljebbin ze Stoienzar, mający rangę Najwyższego Doradcy, za nim zjawił się na miejscu nieprawdopodobnie wręcz bogaty książę Serithorn z Samiyole, uważający się za spadkobiercę co najmniej czterech Koronalów z dalekiej przeszłości.

Młody, energiczny książę Prestimion z Muldemar — ten, którego uważano powszechnie za nowego Koronala, skoro Lord Confalume zastąpić miał Prankipina na tronie Pontifexa — przybył ze swych apartamentów na Zamku w świcie Serithorna, a wraz z nim jego trzech nieodłącznych przyjaciół: wielki, ponury Gialaurys, sprawiający mylne wrażenie dandysa Septach Melayn i chytry, niewysoki diuk Svor. Inni wielcy nie dali na siebie długo czekać: Dantirya Sambail, szorstki, lecz imponujący prokurator Ni-moya, jowialny Kanteverel z Bailemoony, hierarchini Marcatain, osobista przedstawicielka Pani z Wyspy Snu, aż wreszcie przyszedł czas na Koronala Lorda Confalume’a, władcę wielkiego, zdaniem niektórych nawet najwspanialszego w długiej historii Majipooru. Całe dziesięciolecia rządził w harmonijnej współpracy z Prankipinem, wprowadzając świat w okres niesłychanego dobrobytu.

Wszyscy więc byli już na miejscu i wszyscy czekali na sukcesję. Przyjazd Lorda Confalume’a oznaczał z całą pewnością, że koniec Prankipina musi być bliski, ale to, czego się spodziewano, nie nastąpiło ani dziś, ani jutro, ani po tygodniu. I dalej nie następowało.

Korsibar, syn Koronala, najgorzej chyba przyjmował zwłokę. Był to człowiek energiczny, przyzwyczajony do życia na swobodzie, słynny myśliwy; długonogi, o szerokich ramionach, chudą twarz miał opaloną na brąz od ciągłego przebywania pod niebem i słońcem. Choćby czasowy pobyt w niezmierzonych podziemnych jaskiniach Labiryntu doprowadzał go do szaleństwa.

Przez niemal rok planował wyprawę myśliwską na południowym łuku Alhanroelu. O czymś takim marzył niemal od urodzenia — o ambitnej, dalekiej ekspedycji, dzięki której mógłby wypełnić salę, którą już zarezerwował sobie w Zamku Lorda Confalume’a, wspaniałymi trofeami, nieznanymi jeszcze, a cudownymi stworami. W polu był jednak zaledwie dziesięć dni i już musiał odwołać wyprawę, musiał zamieszkać w tym ponurym, dusznym Labiryncie, pozbawionym słońca, pozbawionym radości królestwie ukrytym głęboko pod powierzchnią ziemi.

A teraz wydawało się, że z powodu godności ojca i własnego wysokiego stanowiska będzie musiał pozostać całe tygodnie, a może nawet miesiące tu, w tym wielokondygnacyjnym świecie wznoszących się w nieskończoność i w nieskończoność opadających korytarzy, skazany na bezczynność. Nie ośmieli się wyjechać teraz, musi czekać, aż stary Pontifex wyda ostatnie tchnienie i Lord Confalume zastąpi go na tronie. A przecież inni, niżej urodzeni, mogli przemierzać piękny wolny świat, robić, co im się żywnie podobało. Powoli nadchodziła chwila, w której Korsibar miał powiedzieć sobie: „Nie zniosę tego dłużej”. Śnił o polowaniu, o jasnym, otwartym niebie, o dotyku świeżego północnego wiatru na twarzy. W miarę jak mijały kolejne dni i kolejne noce, podczas których nie miał nic do roboty, niecierpliwość wrzała w nim coraz gorętsza, narastała i już gotowa była wybuchnąć.

— Najgorsze ze wszystkiego jest to przeklęte czekanie — powiedział Korsibar, patrząc po kolei na twarze zebranych w holu recepcyjnym Sali Sądów o suficie z onyksu. Hol recepcyjny, położony trzy poziomy nad właściwą salą, stał się ulubionym miejscem mieszkającej czasowo w Labiryncie arystokracji. — Czekanie i nic, tylko czekanie! Bogowie! Kiedyż on umrze? Skoro już musi umrzeć, niechże stanie się to jak najszybciej. Niechże się wreszcie stanie, niech to się już skończy!

— Na wszystko nadejdzie właściwy czas — stwierdził diuk Ołjebbin z namaszczeniem i pokorą.

— Ile jeszcze czasu przyjdzie nam tu siedzieć, nic nie robiąc? — denerwował się Korsibar. — To, co się dzieje, zdążyło już sparaliżować cały nasz świat! — Właśnie opublikowano najnowszy biuletyn o stanie zdrowia Pontifexa. Głosił on, że podczas nocy nie nastąpiły żadne zmiany, że Pontifex jest w ciężkim stanie, lecz nadal żyje. Korsibar uderzył się pięścią w dłoń. — Czekamy, czekamy, czekamy, a potem znów czekamy i ciągle nic się nie dzieje. Czyżbyśmy za wcześnie przyjechali do Labiryntu?

— Zgodnie ze swą najlepszą wiedzą doktorzy orzekli, że Jego Wysokość nie będzie żył długo — stwierdził zawsze elegancki Septach Melayn. Należał do najbliższych przyjaciół Prestimiona, był szczupły, wysoki, pozował na dandysa i słynął z mistrzowskiego opanowania sztuki fechtunku. — Podjęliśmy więc rozsądną decyzję, przyjeżdżając tu natychmiast i…

Przerwało mu donośne beknięcie i wybuch hałaśliwego śmiechu — tak swą obecność zaznaczył wielki, przysadzisty Farholt, szorstki, prymitywny mężczyzna z otoczenia Korsibara, który wśród dalekich przodków miał Lorda Guadelooma.

— Wiedza doktorów? Powiedziałeś: wiedza doktorów? — rżał Farholt. — Na kości Boga, kim są doktorzy, jeśli nie nieudanymi magami, których czary nie chcą działać?

— Za to czary prawdziwych magów działają, czy to chcesz powiedzieć? — spytał Septach Melayn, przeciągając słowa w najbardziej kpiący sposób. Przyglądał się potężnemu Farholtowi, nie kryjąc niesmaku. — Wyjaśnij mi jedno, drogi przyjacielu… załóżmy, że podczas turnieju ktoś zranił cię w ramię rapierem, leżysz na ziemi, a jaskrawa krew tryska z rany za każdym uderzeniem serca. Czy wolałbyś, by podbiegł mag i wymruczał nad tobą zaklęcia, czy też raczej by dobry chirurg natychmiast zaszył ranę?

— A kiedy to się zdarzyło, by ktoś przeszył mnie rapierem?

— Farholt patrzył na Melayna nieprzyjaźnie, spode łba.

— Ach, przyjacielu, wydaje się, że zupełnie nie zrozumiałeś, do czego prowadzę!

— Prowadzę żartem czy ostrzem rapiera? — spytał bystry diuk Svor, który przez dłuższy czas był towarzyszem księcia Korsibara, teraz jednak uznawano go powszechnie za jednego z najbliższych przyjaciół Prestimiona.

Ten i ów skwitował żart krótkim, gorzkim śmiechem, ale Korsibar tylko wściekle przewróci ...